OSTRÓDA. Romuald Aramowicz na poważne robienie zdjęć zabierał przynajmniej jeden solidny aparat lustrzany. Jednak zawsze w kieszeni marynarki miał mały kompaktowy aparat. Na swoje hobby nie żałował pieniędzy. Ostródzkiego foto kronikarza w poniedziałek wspominali jego znajomi.

W poniedziałkowe popołudnie i wieczór w ODK „Jedność” znajomi przyszli powspominać Romualda Aramowicza, który zmarł w kwietniu tego roku. Przez kilkadziesiąt lat pracował w czytelni ostródzkiej biblioteki. Kiedy nie było internetu tam wielu ostródzian przychodziło poczytać gazety, czasopisma i wydawnictwa, których ciężko było drogą kupna nabyć w kioskach z prasą. Kilka dekad Romuald Aramowicz przemieszczał się na swoim czerwonym rowerze. Często miał przewieszoną przez ramię torbę, a w niej aparat fotograficzny. Był ulubionym klientem ostródzkich zakładów fotograficznych, w których zostawiał duże sumy.

Jednak jeśli zależało mu na dobrej jakości zdjęcia, to wywoływał je sam w domowej ciemni. Dla wielu młodych kobiet na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego wieku był takim ostródzkim Marcinem Tyszką. Za sprawą Romka Aramowicza wiele z nich miało pierwszą, a często jedyną profesjonalną sesję fotograficzną w domowym studiu lub w plenerze.

Udokumentował Ostródę na wielu tysiącach zdjęć. Niepełnosprawność jednej strony po udarze wymuszała na nim kupowanie aparatów ze spustem migawki po niestandardowej stronie. Bywało, że aparaty fotograficzne kupował na zamówienie. Mimo swojej niepełnosprawności potrafił robić takie foty, do których teraz wielu młodych speców od robienia zdjęć potrzebuje dronów.

Romek Aramowicz widział to, co dla innych nie stanowiło żadnej wartości fotograficznej. Potrafił zrobić coś z niczego, jak chociażby zdjęcie liścia leżącego na chodniku. Ze swoim charakterystycznym kresowym zaśpiewem potrafił długimi godzinami opowiadać o swojej foto pasji. Romek Aramowicz cały był fotografią…



